sobota, 28 stycznia 2012
28 I 12 czyli incepcja.
Na w pół sennie, na w pół pijanie świadom istnienia staczam się w otchłań wspomnień. O zgrozo! To wydaje się tak nierealne! Minęło jedynie kilka lat a odnoszę wrażenie, że nigdy się nie wydarzyło się wszystko to czym żyłem, dzień po dniu. Senna mara. Nie mogłem tego doświadczyć prowadząc codzienność tak ustatkowaną. Dziennik/pamiętnik stał się zapisem innej rzeczywistości, ognia trawiącego me trzewia. Tęsknoty, która była jednocześnie inspiracją. Chorym tańcem na ostrzu rzeczywistości przeplatanym pijackimi zwidami uzewnętrznianych jedynie na tych łamach pragnień. Zatraciłem bieg zdarzeń oczekując soboty. Wypłaty.
Kiedyś, gdy pracowałem w Warszawie, kolega M. obecnie jedynie będący elektronicznie fejsbukowym znajomym obudził mnie o piątej nad ranem browarem w ręku. To on stał się inspiracją. Dziś spełnił taką samą rolę , pomimo że najebałem się sam.
czwartek, 24 listopada 2011
24 XI 11 czyli hip hop.
Nocka w pracy się szykuje. Pierwsza z czterech ostatkowych nocy na przestrzeni najbliższych dni.
Mono. Tony. Tony. Mono. Od lat ta sama śpiewka przy akompaniamencie szeleszczących banknotów.
Na wakacje wybieramy się do Indii. I to będą dźwięki stereo. Dźwięki mono warte mniej niż zero. Chyba, że z dziewiątką z przodu.
wtorek, 12 lipca 2011
12 VII 11 czyli syzyf.
Na swoim. Wśród własnych czterech ścian mocą sprawczą aktu notarialnego i kredytu na trzydzieści lat.
Tylu wciąż na tym padole nie przeżyłem. To zabawne ale gdy pomyślę o tym co robiłem lat temu pięć lub piętnaście to trudno mi siebie wyobrazić spłacającego kredyt za lat naście.
Tymczasem odświerzam cztery ściany i kompletuję zawartość baryku. Nieodzownej częsci kredytowej rzeczywistości. Upłynnionych wakacji kredytowych bez zezwolenia banku.
Na kredyt!
środa, 15 czerwca 2011
15 VI 11 czyli pytanie.
Snił mi się dziś wschód słońca. Ciepła, swietlista łuna iskrzyła na zimnoniebieskim niebie poranka. Chyba w oddali widziałem góry, ciemny zarys monumentu kryjącego w sobie (lub za sobą) rozżarzony zwiastun dobrych wieści. Ponoć własnie tym jest senny wschód słońca widziany w sennych marzeniach. Dobrą wieścią.
Wypatruję wpatrując się; licząc po cichu, że się nie przeliczę, wszak liczę na kogoś; muszę. A gdy dobre wieści nadejdą... dziś, jutro. Szybciej niż później spełnię społecznie męską rolę.
I zastanawiam się od kilku dni nad obraną scieżką z jasnym celem wdarcia się w szeregi klasy średniej z domkiem/mieszkankiem, daczą, średnim autem, średnią dwójką bahorów i tyraniem aż do momentu gdy rak wyda swój wyrok.
Wciąz słyszę to pytanie zadawane we własnej głwowie głosem Nowickiego. Czy jestem spełniony?
poniedziałek, 31 stycznia 2011
31 I 11 czyli ta sama bajka
Usilnie wprowadzam się w stan radośnie upojony. Intensyfikuję doznania poznawcze kropelką tego i owego, wspomnieniem dawnych dni, minionych eonów bezbrzeżnej alkoholowej egzystencji pijacko rubasznej, pełnej gawędziarskiej frajdy. Bo zgubiłem część siebie, tego dzieciaka co we mnie tkwił, urwisa co po paru browarach wybierał się w osobistą podróż tą samą zawsze ścieżką, a zawsze odmienną w swej rozmytej istocie odurzenia poznaniem.
Mam ochotę wyruszyć w drogę. Czuję jakby coś mi umykało, ulotnego, czego określić nie potrafię a czuję w głębi serca. Tego co sprawiało, że pisałem. Tak.
Tego mi brakuje. Bez tego nie spełniam się, choć zdaje sobie sprawę, że to wszystko bzdury, nie warte splunięcia wymiociny spływające po ściankach pisuaru. Żal. Za zieloną Ukrainą... za pędzącym ulicami miasta sokołem, za polami rozpustnego wyzwolenia umysłu.
Zgubiłem się w labiryncie pazerności zielonych banknotów. I co mi z tych tysięcy na koncie, akcji i innych pierdół kiedy...
Kiedy... kiedy już je posiadłem, zdobyłem... nie są radością... A nadal ich za mało bym mógł żyć nie zabiegając o następne... wpadłem w błędne koło...
Kolejny raz złudzenie szczęścia rozpada się niczym domek z kart.
Na szczęście mam Jacka Danielsa. On zawsze mnie rozumiał.
poniedziałek, 10 stycznia 2011
10 I 11 czyli szary poranny pasztet.
Nie chce mi się robić. Nic. Gapię się w nieruchomy kurs akcji, jakby zmrozony spadkami na głównym parkiecie. Moje spojrzenie też nieruchome. Nieruchawy poniedziałek w połowie przeminął. Nawet nie zauważyłem kiedy godziny zamieniły się w dni a one w całe lata poniedziałkowych poranków. Tak banalne życie odliczane na kłykciach dłoni miesięcami 30 i 31 dniowymi z lutowym rodzynkiem gdzieś pomiędzy.
środa, 05 stycznia 2011
05 I 11 czy próba sił.
Mam dość tej zgorzkniałej prostaczki. Nie widzę dla siebie przyszłości w tym biurze.
Odchodzę od przyszłego miesiąca. Dziś uczyniłem pierwszy krok ku realizacji zamierzenia, napisałem wypowiedzenie. Czy będzie mnie stać by je wręczyć i wykrzyknąć "spierdalaj obciągaro"?
wtorek, 04 stycznia 2011
04 I 11 czyli noworoczny standard.
A to menda, kto by pomyślał - pomyślałem. I przestałem mysleć bo ból głowy stał się nie do zniesienia. Tym gorzej dla mnie, robaczka kontmplujacego przyczyny kolejnej pijackiej sraki toczącej mnie w niedzielny poranek. No a bolało jak diabli. Diabli nadali pomysł by biblijny potop wódki wlać w swe spragnione rozrywki trzewia kiedy dyskontowałem sylwestrowy zarobek zalewając robaka w miłym towarzystwie dupeczki i reszty wesołej kompanii. no ale wódka. Nie ta Biedronkowa wynzalażczość, dzieło co ledwie od koli droższe. Tej wyższej półki co niby z lodowcowej wody robiona skosztować litry miałem. I taka mnie myśl nachodzi, że to skandynawska zemsta za rezygnację z Nokii i przerzucenie się na LG - japoński wynalazek dotykowy o smaku sushi. Ale skąd wiedzieli jak mnie dorwać? Skąd wiedzieli jak mnie ukarać? Spisek kurwa!
I opadłem w zatruciu na podłogę. Gatków nie zafajdałem na szczęscie. Trzymał mnie kac gigant do dziś włącznie czyli dwa i pół dnia. Pięknie rozpocząłem nowy rok. Jak zwykle najebany.
A tak poza tym szukam nowej pracy. Mam dość tego biurowego kurwidołka.
piątek, 31 grudnia 2010
31 XII 10 czyli niech żyje bal.
To był dobry rok. Kolorowe, pękate butelki pojawiły się w baryku, zielone banknoty w portfelu, a kieszeń wzbogaciłem o portfel akcyjny. Zarabiam chajsu całkiem sporo jak na tą prowincjonalną dziurę zasypaną śniegiem i zaściankową menatalnością mieszkańców. Stać mnie w końcu na ksiązki choć nie mam czasu ich kupować a tym bardziej czytać... Ostatnią w... sierpniu łyknąlem i to na urlopie. Heh. Wciąż doba za krótka niezaleznie czy się pije napoje made in Biedronka czy pracuje na single malty. Bo do tego się to w sumie sprowadza. Po prostu półka wyżej. Kac zawsze jest taki sam.
A postanowienia noworoczne? Jakże inne niż te z lat poprzednich... a może nie... może po prostu w inne słowa ubrane. Może na gloś ich nie wypowiem... Po co zapeszać.
niedziela, 26 grudnia 2010
26 XII 10 czyli sianokosy.
Wczoraj miałem prawdziwe świąteczne żniwa.